Za prąd jak za zboże?
Jest pomysł, jak rozwiązać problem nadprodukcji niskiej jakości zbóż. Chleba z nich nie będzie, ale może uda się wytworzyć energię. Wcześniej wystarczy zmienić przepisy.
O staraniach rolników w tej sprawie przeczytać można w dzisiejszej Rzeczpospolitej. Zamierzają oni doprowadzić do tego, by zboża zostały uznane za biomasę, a więc zaliczone do odnawialnych źródeł energii. To w sytuacji nadpodaży zagwarantuje im nie tylko kolejne rynki zbytu, ale i większe zyski. Obecnie przepisy dopuszczają bowiem produkcję energii elektrycznej jedynie z odpadów lub pozostałości z produkcji rolnej.
Szacuje się, że nadprodukcja niskiej jakości zbóż wynosi obecnie nawet 6 mln ton, a każda z nich warta jest nie więcej niż 200–220 zł za tonę. Za tak śmieszne pieniądze rolnikom nie opłaca się zboża sprzedawać. Przykładowo, próg opłacalności produkcji pszenicy wynosi przecież trzykrotnie więcej, w granicach 550-600 zł.
Tymczasem produkcja prądu z odnawialnych źródeł energii jest wysokoopłacalna. Gdyby można je zbywać energetyce jako paliwo, mogłoby osiągnąć cenę 300–350 zł za tonę. A to zapewniłoby rolnikom większą opłacalność sprzedaży. Z tego powodu Ministerstwo Gospodarki rozpoczęło prace nad odpowiednimi przepisami. Trwają też rozmowy z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi w sprawie stosownej zmiany prawa. Gdyby udało się je szybko sfinalizować, rozwiązałoby to przy okazji kilka innych problemów. Najważniejsze z nich to: zdjęcie z rynku nadwyżki zbóż, wyznaczenie ceny minimalnej za zboża niskiej jakości, a wreszcie i ustabilizowanie ich produkcji.
Problem w tym, że nie wszyscy wierzą, że z wprowadzonych zmian rolnicy rzeczywiście się ucieszą. Póki co nawet firmy energetyczne sceptycznie podchodzą do pomysłu, tłumacząc brak zainteresowania w tej sprawie względami etycznymi. Wreszcie podnoszą się i głosy wskazujące na niebezpieczeństwo doprowadzenia do podwyżki zbóż w ogóle. Ta mogłaby przywrócić pierwotne znaczenie słowom: płacić jak za zboże. Wówczas mogłoby się okazać, że energia z pszenicy nie byłaby taka tania...
Skomentuj
Komentarze — pokaż wszystkie
Brak komentarzy





